sobota, 5 stycznia 2013

Warka nr 1 Mexican Carveza

Warka nr 1 - Coopers Mexican Carveza

Grudzień 2011

Pomysł na robienie domowego piwa przyszedł do mnie niespodziewanie. Staram się sobie przypomnieć kiedy to było. W sumie to mniej więcej wtedy, kiedy jedna z koleżanek z pracy poszła na ogólnie pojęte "macierzyńskie" i w pokoju zostało same męskie grono. Tematy zaczęły krążyć po najróżniejszych orbitach i okazało się, że jeden z kolegów z działu robi wina i inne dziwne nalewki. Żeby było śmieszniej przy drążeniu tego tematu okazało się, że wiele innych osób z pracy też bawi się w winiarstwo "na byle czym". Chciałem zrobić coś i ja, ale wina mnie nie interesowały, bo już kiedyś z marnym skutkiem je próbowałem, a przy okazji jakiejś degustacji przez głowę przeleciała mi tylko myśl, że nie jest to wcale lepsze od Byka z bieżącego rocznika, przy czym Byk nie zajeżdża drożdżami. W związku z tym wybór padł na piwo.

Jako, że wśród znajomych nie udało się mi znaleźć żadnego piwowara, ani nikogo kto miałby z ważeniem piwa jakąkolwiek styczność, przyszło mi się posiłkować internetem. Na ważenie piwa z zacieraniem nie chciałem się decydować. Potrzeba do tego trochę doświadczenia i dużo więcej czasu. Szkoda byłoby się zniechęcić już przy pierwszym podejściu.

Nie wiedziałem na co się zdecydować nie mając wyrobionego za bardzo smaku, więc szukałem po necie jakiś opisów, opinii i porównań. Na szczęście ważąc piwo z brewkita do wyboru mamy na start kilku producentów i mnóstwo gatunków. I co ma tu wybrać biedny Polak, który pija głównie Tatrę i Harnasia (jak rzucą coś w promocji w Kauflandzie)? Niestety, ale większość moich znajomych nie widzi różnicy pomiędzy lagererem a pilsnerem... przecież to piwo i to piwo. W Polsce (nie obrażając nikogo) piwo ludziska dzielą na jasne, ciemne oraz na drogie i to w promocji. To drugie kryterium widzę nawet częściej, ale nie o tym przecież miałem pisać. Wybór padł na Mexican Carveza produkowany przez Coopersa. Chwilę zastanawiałem się co Australijczycy mogą wiedzieć o meksykańskim piwie, ale co tam... raz się żyje.


Skoro gatunek piwa już miałem wybrany, jakieś przygotowanie merytoryczne również, więc trzeba było przygotować zaplecze techniczne. Sprzęt, którym dysponowałem na początku przedstawiał się bardzo ubogo. Jako fermentatora użyłem kanistra z tworzywa o pojemności 30 litrów po wodzie destylowanej. Kupiłem za kilkanaście złotych na allegro. Można kupić taniej praktycznie identyczne kanistry po środkach chemicznych, ale nie polecam tych pojemników, bo za nic nie da się ich domyć. Wlewy w kanistrach są tak małe, że rękę jest w stanie włożyć tam tylko dziecko, a i tak nie sięgnie do dna. Zakupiłem również plastikowe mieszadło. Fajne, wytrzymałe i łatwe do mycia, ale nie zgrało się z wlewem do mojego "fermentatora". Dół był niestety trochę za szeroki, a ja nie chciałem go na samym początku przycinać, więc zawartość fermentatora mieszałem węższą częścią, która normalnie było rękojeścią. Do kompletu zabrakło tylko kapslownicy i tu również górę wzięła ekonomia. Zakupiłem najzwyklejszą kapslownicę młotkową i złożyłem z niej to.



Moja pancerna kapslownica a w tle kanistrowy fermentator z pracującą brzeczką.

Do warzenia brakuje już tylko jednego składnika, który sprawi, że to wszystko będzie działać, pracować i w ogóle... da jakąś moc ;). Sprzedawcy brewkitów głównie z allegro nęcą opisami, że to piwo wychodzi za 1,5 zł za butelkę (zapominając całkiem przypadkiem o kosztach wysyłki). Fajnie by było, ale żeby to osiągnąć składnikiem użytym do fermentacji musiałby być cukier, co zresztą sprzedawcy polecają, żeby piwo wyszło jak najtaniej. O tym jaki jest efekt, już nie piszą, ale na szczęście są jeszcze fora internetowe i uczciwe sklepy, które powiedzą co i jak. Nie żeby się z cukrem nie dało, ale smak i zapach takiego piwa nie będzie za ciekawy (aż mi się przypomniały winiarskie specjały kolegów z pracy). Wydaje mi się, że będzie podobny do najtańszych piw, które oferują markety. Lepszym rozwiązaniem jest danie czystej glukozy, a najlepszym zastosowanie ekstraktu słodowego w proszku bądź syropie. Do mojego pierwszego piwka zdecydowałem się na ekstrakt słodowy w proszku Muntons.

Robienie piwa z brewkita okazało się banalnie proste. Pokuszę się o stwierdzenie, że jeśli ktoś potrafi zrobić kawę/herbatę to potrafi zrobić i piwko z gotowca. Grunt to pamiętać o czystości.

Na początek podgrzałem w garnku z wodą puszkę z nachmielonym ekstraktem żeby jej zawartość była płynna. Bez tego jest jest ona bardzo gęsta, praktycznie jak skrystalizowany miód. Jednocześnie zacząłem grzać w drugim garnku ok 3 litrów wody, w której trzeba rozpuścić ekstrakt słodowy w proszku. Tu chciałem zaznaczyć jedną rzecz, o której nikt w necie nie wspominał, a mianowicie parowanie wody. Ekstrakt w proszku jest tak drobniutki, że już przy wsypywaniu do garnka zaczął się sklejać w opakowaniu. Trzeba go wsypać jeszcze zanim woda zacznie parować. Kiedy proszek się ładnie rozpuścił zabierałem się do otwarcia puszki. Warto łapać puszkę przez ręcznik albo rękawice kuchenne, bo można się poparzyć. W puszce zostało jeszcze trochę ekstraktu na ściankach, więc zagotowałem trochę wody w czajniku i przepłukałem puszkę. Szkoda żeby się coś zmarnowało. Jako, że na początku dysponowałem tylko wspomnianym wcześniej kanistrem jako pojemnikiem fermentacyjnym musiałem wlać wszytko do większego garnka i zacząć rozrabiać to z wodą. Kiedy miałem już to przygotowane przelałem wszystko do fermentatora i uzupełniłem wodą do objętości 23 litry. Do uzupełnienia brzeczki użyłem wody źródlanej firmowej z Lidla. Wprawdzie można używać tu tradycyjnej kranowiczanki, ale taką wodę wypadałoby przegotować, ale że człowiekowi zależy na czasie (grzanie i studzenie) użycie wody butelkowanej wydaje mi się rozsądne i wygodne. Mała myśl, która wpadła mi po czasie - dobrze jest taką wodę schłodzić wcześniej w lodówce albo w pogodę taką jak w tej chwili wystawić na balkon, zrobi to za nas pogoda. Ja tego wtedy nie zrobiłem i czekałem (nie powiem ile) przy drzwiach balkonowych aż temperatura brzeczki łaskawie spadnie przynajmniej do 25 stopni. Kto by chciał za pierwszym razem ugotować drożdże i jeszcze tłumaczyć się żonie, że po prostu nie wyszło :).  Temperatura wreszcie spadła do 24 stopni i mogłem wsypać drożdże. Tych na szczęście nie trzeba wcześniej uwadniać. Wystarczy zgodnie z instrukcją wsypać zawartość saszetki do brzeczki i po chwili zamieszać, założyć dekiel z rurka fermentacyjna i ustawić fermentator w miejscu z odpowiednią temperaturą, czyli od 20 do 25 stopni. To w zasadzie już wszystko, jeśli chodzi o przygotowanie brzeczki.


Jako ze było to moje pierwsze piwo, co pięć minut jak mały chłopiec biegałem i patrzyłem, co się dzieje i jak przebiega fermentacja. To co miało być fermentacją burzliwą raczej burzliwe za bardzo nie było. Fermentacja zaczęła się dopiero po 24 godzinach, najpierw bardzo powoli, po czym na kolejne dwa dni rozkręciło się trochę. Teraz z perspektywy czasu stwierdzam, że wpływ na to miała pewnie zbyt wysoka temperatura w mieszkaniu. Producent z Australii zalecał żeby fermentacja przebiegała w temperaturze od 20 do 25 stopni, a ja w mieszkaniu miałem cały czas 24 stopnie, czyli praktycznie górną granicę. Po trzech dniach od zadania drożdży tempo fermentacji zwolniło do jednego bulgotniecia z rurki na godzinę.  Przetrzymałem jeszcze całość do pełnych 6 dni, przy czym ostatniego dnia nie działo się już kompletnie nic. Przez ostatnie dwa dni sprawdzałem jeszcze BLG i było coś pomiędzy 1 a 2.
Skoro więcej cukru już drożdże nie zjedzą można przystąpić do butelkowania.


Butelkami wspomógł mnie ojciec kolegi, zatwardziały fan jednego browaru ;).

Przy butelkowaniu potrzebne jest danie dodatkowej porcji cukru do refermentacji żeby piwo było nagazowane. Ja zdecydowałem się na podanie czystej glukozy bezpośrednio do butelek przed ich napełnieniem. Jedno spostrzeżenie z tego mam takie, że piwo mocno się pieniło przy nalewaniu. Następnym razem będę próbował z białym cukrem, podobno nie robi to praktycznie żadnej różnicy w smaku końcowego produktu.



Buteleczki chwilę po zakorkowaniu. Teraz muszą poleżakować jakieś 3 tygodnie, a ja mam chwilkę na wymyślenie jakiejś ciekawej etykiety.



Od czego jest internet :). Etykietę złożyłem na stronie www.beerlabelizer.com. Fajne wzory do wyboru jak ktoś nie ma pomysłu lub zdolności do tworzenia czegoś własnego w programach graficznych.



Piwko zaraz po nalaniu miało gęstą, ale nie wysoką piankę, ale która szybko się ulatniała. Smak fajny... inny... ciekawy... po prostu czegoś takiego jeszcze nie piłem. Wyszło naprawdę fajne, lekkie piwo, delikatnie słodkie (ale bez skojarzeń z Desperadosem i temu podobnymi) i nie przesadnie gazowane. Jestem z niego bardzo zadowolony. Niestety bardzo szybko rozeszło się po rodzinie i znajomych a dla mnie z 44 butelek (bo tyle mi wyszło) zostało raptem 17 :).

1 komentarz:

  1. Witam, ciekawi mnie kwestia etykiet w beerlabelizer, czy opłaca się wykupic tam konto premium? 5$ to opłata miesięczna czy tez jednorazowa?

    OdpowiedzUsuń